Zapraszamy
na strony czasopism wydawnictwa:

Rolnik DzierżawcaNowoczesna UprawaRolniczy Przegląd TechnicznyHoduj z głową bydłoHoduj z głową świnie


Sonda
Czy Pani/Pana gospodarstwo spełnia wymogi Dyrektywy azotanowej?
 
Tak
Nie
Trudno powiedzieć


Artykuł z numeru: 12/2018

Sposób na sukces


- Nie przygotowywałem się do tego konkursu. Od zawsze gospodaruję tak, żeby chronić przyrodę –
mówi Krzysztof Kowalski, zdobywca pierwszego miejsca w konkursie Rolnik Roku Regionu Morza Bałtyckiego 2018, właściciel gospodarstwa w Winnikach w gm. Nasielsk na Mazowszu.

Konkurs od 2009 r. organizuje międzynarodowa fundacja ekologiczna WWF w ramach Programu na rzecz Ochrony Ekoregionu Morza Bałtyckiego. Do tej pory wyróżniła pół setki rolników i rolniczek, których gospodarstwa znajdują się w zlewni Bałtyku, za stosowanie innowacyjnych praktyk przyjaznych środowisku morskiemu.

Groźna eutrofizacja

Dlaczego tak ważne jest, żeby ograniczyć spływ azotanów i fosforanów do rzek, a następnie do Bałtyku? „Zjawisko eutrofizacji, czyli przeżyźnienia wód, to największe wyzwanie środowiskowe dla Morza Bałtyckiego. W latach 2011-16, aż 97 proc. jego wód wykazywało efekty eutrofizacji” – wyjaśnia WWF.

Do przeżyźnienia dochodzi, gdy w wodzie jest zbyt dużo tzw. biogennych substancji odżywczych (związków azotu i fosforu). Trafiają one do morza z nawożonych pól oraz ze ścieków komunalnych i przemysłowych. Polska jest największym dostarczycielem substancji biogennych do Bałtyku. Prawie 24 proc. związków azotu i 44 proc. związków fosforu dostaje się do morza właśnie z naszego kraju. Spowodowane jest to m.in. zbyt dużą ilością nawozów stosowanych na polach, nieodpowiednim przechowywaniem odchodów zwierząt gospodarskich oraz uwarunkowaniami geograficznymi, ponieważ 99,7 proc. naszego obszaru leży w zlewni Bałtyku, a 50 proc. tej powierzchni zajmują gospodarstwa rolne.

„Gdy w wodzie jest za dużo związków biogennych, a jej temperatura wzrasta, dochodzi do zakwitu glonów i sinic, które ograniczają dostęp światła słonecznego do głębszych warstw wody. To prowadzi do ograniczenia rozwoju roślin w głębszych partiach wody, wykorzystujących światło słoneczne w procesie fotosyntezy. Po zakończeniu zakwitu obumierające glony i sinice opadają na dno, gdzie ulegają rozkładowi. W procesie rozkładu bakterie zużywają tlen rozpuszczony w przydennych warstwach wody. Kiedy tlenu brakuje, proces kontynuują bakterie beztlenowe, które produkują szkodliwy dla morskich organizmów siarkowodór. W ten sposób w morzach powstają pustynie tlenowe (martwe strefy) i obszary o obniżonej ilości tlenu, w których zamiera życie” – tłumaczy WWF. Dlatego organizacja nagradza rolników, którzy wszelkimi sposobami ograniczają spływ azotanów i fosforanów do wód.

Konkurs składa się z dwóch etapów: krajowego i międzynarodowego. W etapie krajowym jury (w Polsce złożone z przedstawicieli resortów rolnictwa, środowiska i gospodarki morskiej) ocenia sposób prowadzenia gospodarstwa pod kątem wdrożenia praktyk przyczyniających się do ochrony wód przed zanieczyszczeniami powodowanymi przez związki azotu i fosforu. Finaliści z Danii, Estonii, Finlandii, Niemiec, Łotwy, Litwy, Polski, Rosji, Szwecji, a także (od ostatniej edycji) z Białorusi i Ukrainy biorą udział w drugim etapie konkursu, gdzie międzynarodowe jury wybiera jednego zwycięzcę – Rolnika Roku Regionu Morza Bałtyckiego. Nagrodą jest 10 tys. euro.

Dziesięciu konkurentów

W tym roku pierwsze miejsce w konkursie zajął Polak – Krzysztof Kowalski z Winnik. Pokonał 10 konkurentów prowadzących różne gospodarstwa. Największe, szwedzkie, konwencjonalne, specjalizujące się w hodowli bydła mięsnego, trzody i owiec oraz uprawiające rzepak, zboża i buraki cukrowe, obejmuje 800 ha. Najmniejsze, 4-hektarowe, organiczne, leży na Białorusi, a jego właściciel zajmuje się uprawą warzyw i truskawek.

Krzysztof Kowalski prowadzi konwencjonalne 130-hektarowe gospodarstwo, specjalizujące się w chowie i hodowli świń rasy złotnicka biała oraz z uprawie roślin oleistych, z których tłoczy na zimno oleje – lniany i rzepakowy.

Jestem w stanie w ciągu roku zdobyć certyfikat gospodarstwa ekologicznego, ale po co? To się nie przekłada na efekty finansowe, wręcz przeciwnie muszę płacić za certyfikację. A nie sprzedam moich produktów drożej – tłumaczy laureat, który zaczął prowadzić działalność rolniczą w 1984 r., kiedy po skończeniu technikum mechanizacji rolnictwa przejął od rodziców 16-hektarowe gospodarstwo. Później sukcesywnie dokupywał grunty od Agencji Nieruchomości Rolnych oraz od najbliższych sąsiadów, którzy rezygnowali z rolnictwa. – Dzięki temu mam zwarty rozłóg – mówi.

Część areału Krzysztof Kowalski przekazał córce, która za premię dla młodego rolnika (100 tys. zł) dokupiła jeszcze 5 ha, a teraz ma już ponad 30. – To dwa gospodarstwa, ale traktujemy je jako gospodarstwo rodzinne – podkreśla rolnik. – Tak więc już piąte pokolenie naszej rodziny gospodaruje w Winnikach, bo zaczynał tu mój pradziadek.

Umiarkowane nawożenie

Gospodarstwu tegoroczna susza nie zaszkodziła. – Mamy ciężkie mokre gleby gliniaste III i IV klasy, grunty w 80 procentach niezmeliorowane, więc w tym roku było u nas nawet lepiej niż w latach deszczowych. Mam jednak dylemat, czy meliorować grunty, czy kupować kolejne działki? Na razie wolę kupić ziemię, a na meliorację jeszcze przyjdzie czas. Tym bardziej, że to kosztowna inwestycja – mówi gospodarz.

Rolnik uprawia rzepak (30 ha), len (20-30 ha), pszenżyto i pszenicę (ok. 60 ha), owies dla swoich koni (1 ha) oraz po raz pierwszy w tym roku groch z jęczmieniem (4 ha) i soję (1 ha). Te dwie ostatnie uprawy wysiane były tylko na próbę. Nasiona soi rolnik zamierza sprzedać, ponieważ na razie nie może ich wykorzystać do żywienia trzody – nie ma ekstrudera. – Zastanawiam się nad taką inwestycją – mówi.

Glebę uprawia tradycyjnie, orkowo. Corocznie jedną piątą pól nawozi obornikiem z własnej chlewni oraz pozyskanym od sąsiadów, którym dostarcza słomę zbożową. Dzięki wysokiemu nawożeniu organicznemu mógł zmniejszyć nawożenie mineralne.

- Nie ma sensu walczyć o plony zbóż rzędu 8-9 ton z hektara przy wysokim nawożeniu mineralnym i intensywnej ochronie, kiedy przy niższych plonach, w granicach 4-5 ton z hektara mam mniejsze koszty i taki sam dochód – przekonuje. – Nie stosuję zbyt dużo nawozów mineralnych, także dlatego, że klienci wolą, żeby produkty były jak najbardziej naturalne, zdrowe. W tym roku w ogóle nie nawoziłem soi. Nie zastosowałem nawet startowej dawki azotu. Wykonałem tylko jeden zabieg herbicydowy, poza tym – żadnej ochrony. A mimo to plon wyniósł trzy tony nasion z hektara. Rzepak ozimy przy minimalnym nawożeniu dał w tym roku trzy tony z hektara, rzepak jary, którym przesiałem wymarznięty ozimy – 1,8 tony, też bez żadnej ochrony.

Także len nie znosi wysokiego nawożenia i niezależnie od zasobności gleby daje plony w granicach 0,5-1,8 t nasion z ha.

Len na olej

Rodzina Kowalskich uprawia len „od zawsze”. W latach 70. i 80. – na włókno, a obecnie na nasiona przerabiane w gospodarstwie na olej lniany tłoczony na zimno, także z różnymi ziołami. Hanna i Krzysztof Kowalscy tłoczą też w gospodarstwie olej rzepakowy. Z tony rzepaku otrzymują ok. 300 l oleju, z tony lnu – 200-250 l. Oleje sprzedają na miejscu oraz w warszawskich hurtowniach, sklepach i restauracjach, a także w Muzeum Wsi Mazowieckiej w Sierpcu, gdzie w każdą pierwszą niedzielę miesiąca od maja do października pokazują zwiedzającym, jak tłoczono olej na XIX-wiecznych urządzeniach. – Przy okazji promujemy i sprzedajemy swoje oleje, reklamujemy gospodarstwo – mówią rolnicy.

Produkcja wynosi ok. 10 tys. l rocznie. Litr oleju lnianego kosztuje tu 25 zł, rzepakowego – 20 zł. – Rynek jest nasycony, cen nie możemy podnieść, dlatego nie chcemy zwiększać produkcji, zatrudniać pracowników, kupować nowych maszyn, zajmować się logistyką, dystrybucją i reklamą, co jest bardzo kosztowne. A nasi klienci szukają produktów niszowych, wytwarzanych w małej skali. Poza tym prawdopodobnie przy większej skali produkcji olejów mielibyśmy taki sam zysk. Dlatego teraz nadwyżki nasion rzepaku i lnu zimą sprzedajemy – mówią rolnicy i dodają, że chcieliby sprzedawać także słomę lnianą. – Instytut Włókien Naturalnych i Roślin Zielarskich w Poznaniu już osiem lat temu zgłaszał, że chętnie kupi od nas słomę, niestety koszt transportu jest większy niż jej wartość. I tak skończył się handel. Teraz słoma jest cięta i rozrzucana na polu, a następnie przyorywana.

Podłożyła im świnię

Rolnicy od lat zajmowali się produkcją tuczników, była to jednak rasa polska biała zwisłoucha. – Przed dekadą przedstawiciele Społecznego Instytutu Ekologicznego w Warszawie jeździli po Mazowszu i szukali chętnych na przyjęcie 10 loszek rasy złotnicka biała w ramach programu norweskiego. A że my mieliśmy chlewnie i świnie, a loszki dostaliśmy bezpłatnie, niczym nie ryzykowaliśmy – tak Krzysztof Kowalski wspomina początki hodowli, do której namówiła go Elżbieta Lenarczyk-Priwiezieńcew, wiceprezes instytutu. – Można powiedzieć, że „podłożyła nam świnię” – śmieje się rolnik. - Podpisaliśmy zobowiązanie, że za dwa lata 10 loszek przekażemy następnemu chętnemu rolnikowi. Niestety, takiego nie znaleźliśmy. Projekt się skończył, a nam zostały świnie tej rasy. Teraz mamy jedno z większych stad złotnickiej białej w kraju, chociaż rolników utrzymujących tę rasę jest coraz więcej.

Złotnicka biała to rasa prymitywna, wyhodowana w wielkopolskich Złotnikach – świnia o zwisłych uszach i mocnej, harmonijnej budowie, o średnio szybkim typie wzrostu. Rasa ta odznacza się dużą odpornością na stres, choroby i trudne warunki środowiska. Ma małe wymagania paszowe. Może być trzymana na wybiegach. 

Stado w Winnikach jest pod kontrolą naukowców z Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu. Wszystkie grupy technologiczne trzymane są w jednej chlewni na głębokiej ściółce, którą usuwa się po każdym cyklu. Lochy są kryte naturalnie. Naukowcy z UP w Poznaniu wskazują, z której hodowli w Polsce rolnik ma kupić knura, żeby wykluczyć pokrewieństwo z lochami w stadzie. Maciory trzymane są w kojcach grupowych (po 4-5) przed i po porodzie i na razie gospodarze nie odnotowali przygnieceń prosiąt oraz upadków z innych powodów. Od każdej z 30-40 loch rolnik otrzymuje ok. 10 prosiąt rocznie. Od urodzenia do sprzedaży tuczników mija 8-9 miesięcy.

Świnie żywione są ześrutowanym ziarnem pszenżyta, makuchem lnianym (do 20 proc.) i śrutą rzepakową. W tym roku po raz pierwszy w paszy znalazł się też groch z jęczmieniem. – Wcześniej żywiliśmy świnie koncentratami, ale cykl produkcyjny trwał tak długo jak teraz, przyrosty były podobne. Więc genetyka robi swoje, przemysłowe żywienie nie skraca cyklu. Poza tym dłuższy chów przekłada się na dobrą jakość mięsa – przekonuje rolnik i dodaje, że

mięso z tych tuczników jest marmurkowate, bardziej tłuste niż innych ras, zwierzęta mają więcej słoniny. – Ale dzięki temu mięso jest delikatne. Mimo to na początku trudno było je sprzedać. Na szczęście klienci szybko się do niego przekonali. Teraz odwożę tuczniki do ubojni w Nasielsku, gdzie mięso jest badane, chłodzone i stamtąd odbierają je klienci indywidualni i restauracje warszawskie, które biorą od 4-5 do 10 sztuk tygodniowo.

Cena mięsa tuczników rasy złotnicka biała jest wyższa niż innych ras świń – ostatnio rolnik otrzymywał 12 zł/kg półtuszy (w tym przypadku mięso nie jest klasyfikowane według skali SEUROP), podczas gdy cena innych ras to 7,5-8 zł/kg.

W niebieskiej strefie

Rolnik sprzedaje zresztą nie tylko tuczniki, także prosięta, warchlaki i loszki hodowlane. A raczej sprzedawał, ponieważ od kwietnia br. Winniki są w niebieskiej strefie w związku z wykryciem ogniska afrykańskiego pomoru świń w oddalonym o 7 km gospodarstwie utrzymującym 20 świń.

- Przez ostatnie pół roku loszki nie były zapładniane, dopiero teraz będą się prosić – informuje hodowca. – Wcześniej to nie miało sensu, ponieważ przez pięć miesięcy mieliśmy tu, na terenie trzech gmin, wstrzymaną sprzedaż i kupno zwierząt. A ostrzegł nas przed tym znacznie wcześniej powiatowy lekarz weterynarii. Ponownie zaczniemy sprzedawać zwierzęta w styczniu, lutym przyszłego roku.

Gospodarz przyznaje, że poniósł wielkie straty i nie otrzymał żadnej rekompensaty. Sam stosuje wszelkie zasady bioasekuracji. Chlewnię otacza ogrodzenie z siatki drucianej (będzie zmienione na solidniejsze), żeby wejść do budynku trzeba przejść przez maty ze środkiem dezynfekcyjnym, a następnie wziąć prysznic i przebrać się w kombinezon ochronny. Świnie transportowane są do ubojni samochodem rolnika. – Od wielu lat nie mieliśmy tu obcej ciężarówki – mówi hodowca. Przyznaje jednak, że boi się zawleczenia wirusa do chlewni. – Mamy tu tyle łąk, po których codziennie chodzimy. Mogę nieświadomie sam przynieść wirusa. Albo ze słomą w belach, które trafiają do chlewni.

Ponieważ przez kilka miesięcy nie mógł sprzedawać świń, sprzedawał zboże, które w związku z wyhamowaniem produkcji nie zostało zużyte na pasze. Podobnie makuchy rzepakowe i lniane – odpad po produkcji oleju lnianego i rzepakowego – nie trafiły do koryt. Na szczęście inni rolnicy ustawiali się po nie w kolejce. – Więcej możemy sprzedać makuchów niż oleju – twierdzi rolnik.

Oczka, drzewa i wycieczki

Przez gospodarstwo przepływa rzeczka Turka, dopływ Wkry, która z kolei uchodzi do Wisły. Dlatego tak ważna jest dla rolnika ochrona wód Bałtyku. Wdrożył więc przyjazne dla środowiska morskiego praktyki, które pozwalają na ograniczenie wypływu azotu i fosforu z gospodarstwa. Utrzymuje dziewięć stawów, strefy buforowe, miedze śródpolne, zadrzewienia i zakrzaczenia, uprawia poplony ścierniskowe i rośliny bobowate, corocznie bada glebę, pasze i wodę oraz produkowane oleje na pozostałości azotanów i pestycydów.

Ograniczam nawożenie mineralne, mam płytę gnojową ze szczelnym zbiornikiem na gnojówkę, pasy zieleni wzdłuż dróg i cieków wodnych, a zadrzewienia, stawy i oczka wodne blokują odpływ wody z pól do rzeki – wymienia gospodarz. - Nie wprowadzałem jakiś nadzwyczajnych specjalnych zabezpieczeń przed spływem azotanów i fosforanów do wód. Tak gospodarowali już rodzice, ja tylko podtrzymuję tę tradycję i nadal sadzę krzewy, drzewa, powiększam stawy. W tym roku posadziliśmy 1080 grabów i buków wzdłuż rzeki, na granicy pól, wszędzie tam, gdzie było to możliwe. Drzewa 2-3-metrowej wysokości przekazał nam przyjaciel, który kupił posiadłość ze szkółką. Sadziła je cała rodzina przez trzy tygodnie, ale efekt jest bardzo dobry. Drzewa rosnące w określonych miejscach, w obniżeniach terenu, hamują spływ nawozów do wód – mówi rolnik i zapewnia, że zadrzewienia nie przeszkadzają mu w uprawie pól.

Cały tekst można przeczytać w grudniowym numerze miesięcznika „Przedsiębiorca Rolny”

Małgorzata Felińska
Fot. Jarosław Pruss



Komentarze
Dodaj komentarz
 
© 2013 copyright APRA, wszelkie prawa zastrzeżone | Polityka prywatności | Regulamin | Regulamin prenumerat